- Nie wiem, czy moja małżonka nie wymyśli jakiegoś wyjazdu na weekend. Jeśli nie, to chętnie przyjadę do Torunia. I będę trzymał kciuki za Unibax. Chciałbym, żeby odrobili straty z pierwszego meczu w Tarnowie i zmierzyli się z nami w finale. Moim zdaniem zespół z Torunia prezentuje się teraz dużo lepiej niż na początku rozgrywek. Kilku zawodników odzyskało wysoką formę i potwierdzają to w każdym spotkaniu. Mam nadzieję, że o złoto mój zespół będzie rywalizował z Unibaxem. W niedzielę będzie 49:41 dla gospodarzy - mówi honorowy prezes Stali Gorzów Wlkp., Władysław Komarnicki.
Pierwszy mecz finałowy Enea Ekstraligi według pierwotnego kalendarza miał zostać rozegrany w nadchodząca niedziele. Lecz w obliczu kuriozalnych decyzji jakie miały miejsce w zeszłym tygodniu Stal Gorzów poczeka tydzień dłużej na finał. Władysław Komarnicki obwinia o zaistniałą sytuacje nie sędziego Piotra Lisa lecz stronę tarnowska, która nie dopilnowała KSM-u swojej drużyny - Jeśli chodzi o sędziego, to popełnił poważny błąd. Ale potrafię to zrozumieć, bo każdy jest człowiekiem i się myli. Zwłaszcza że Piotr Lis nie zna na pamięć współczynników KSM wszystkich zawodników z Tarnowa. Ale kierownik drużyny i trener Tauronu Azotów na pewno znają. Dlatego nie wierzę w pomyłkę tych dwóch panów. Dla mnie to jest prymitywne kłamstwo, że te osoby nie zwróciły uwagi na błąd sędziego. Jak słyszę tłumaczenie pana Marka Cieślaka, menedżera ekipy z Tarnowa, to mnie szlag trafia. Na miejscu prezesa czy też sponsora tej drużyny zarówno kierownik, jak i trener-menedżer straciliby pracę. Nasz kierownik, gdyby pan zadzwonił do niego o 1 w nocy, to powiedziałby od razu, jaki współczynnik ma każdy z zawodników. Dlatego dla mnie to, co zrobili działacze z Tarnowa, jest prymitywnym kłamstwem. To oni w głównej mierze ponoszą odpowiedzialność za to, że mecz się nie odbył -twierdzi Władysław Komarnicki